Los rakoniewickich dzieci w czasie II wojny światowej

| 20 sierpnia 2014
II wojna światowa

Kiedy 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę ludność polską zamieszkałą bliżej granicy ogarnął strach przed nadciągającymi wojskami niemieckimi. W popłochu pakowano najniezbędniejsze rzeczy, zostawiano swoje mieszkania i czym kto mógł uciekał w głąb Polski.

Los rakoniewickich dzieci w czasie II wojny światowej

Na drugim zdjęciu Gabriela Hoffmann z koleżanką. | Zdjęcie wykonała fotograf p.Świniarek-Falińska (1943 rok)., zbiory G.Hoffmann

Rakoniewice to miejscowość oddalona (w 1939 roku) około 24 km od granicy polsko – niemieckiej w Kopanicy. Ludność niemiecka zamieszkała wtedy na naszym terenie stanowiła około 20 % w mieście i około 40 % na wsi. Kiedy zbliżał się wybuch II wojny światowej zaostrzyły się stosunki polsko – niemieckie. Mieszkańcy Rakoniewic i okolicy, którzy przez całe lata współżyli ze sobą w zgodzie teraz zaczęli spoglądać na siebie nieufnie, czasem wrogo.

Polacy bali się, że może dojść do wojny. Niemcy zaczęli się organizować – pełno niemieckich szpiegów kręciło się po polskiej ziemi.

Kiedy 1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę ludność polską zamieszkałą bliżej granicy ogarnął strach przed nadciągającymi wojskami niemieckimi.  W popłochu pakowano najniezbędniejsze rzeczy, zostawiano swoje mieszkania i czym kto mógł uciekał w głąb Polski.

Sama też brałam udział z matką i bratem w takiej ucieczce. (Ojciec został powołany do wojska.) Jeszcze dziś mam przed oczyma tę noc na rozlewiskach Warty w Śremie. Padał silny deszcz i była burza. Pioruny biły często i wtedy pojawili się żołnierze niemieccy, którzy po wylegitymowaniu nas rozkazali wracać do domów. Wozem zaprzężonym w konie wracaliśmy z resztą całej nasze rodziny do Śmigla. Po przyjeździe do Rakoniewic matka moja poszła zameldować się w „magistracie”. Dom nasz był opieczętowany. Tu spotykały Polaków już pierwsze szykany. Zobaczyła wtedy siedzącego na podwórzu „magistratu” zbitego i sponiewieranego księdza Dadaczyńskiego.

W tym czasie, kiedy byliśmy ‘na ucieczce” silna armia niemiecka zajmowała miasta i wsie powiatu wolsztyńskiego. Do Rakoniewic wojska okupacyjne wkroczyły w czwartek 7 września 1939 roku. Miejscowi Niemcy powitali żołnierzy na ulicach, a domy swe ozdobili niemieckimi flagami.
Z chwilą wkroczenia wojska hitlerowskiego miasto przeszło pod komendę wojskową. Zaraz zaczęto wprowadzać niemieckie porządki. Powołano nowy Zarząd Miasta. Burmistrzem został Busse. Zmieniono nazwę miasta na Rakwitz i wprowadzono nowe niemieckie nazwy ulic. Zlikwidowano polskie napisy, pozamykano polskie przedsiębiorstwa i sklepy. Rozkazano oddać wszystkie radia. Przeprowadzono szczegółową rejestrację wszystkich polskich mieszkańców, by mieć nad nimi kontrolę. Rozpoczęły się też wysiedlenia do Generalnej Guberni. W ciągu  10 – 15 minut trzeba było opuścić mieszkanie. Wolno było zabrać tylko niezbędne rzeczy. Podczas rewizji osobistych zabierano biżuterię i inne wartościowe rzeczy.

Ogłoszenie o skazanych na karę śmierci Polakach

Ogłoszenie o skazanych na karę śmierci Polakach. | fot. zbiory G.Hoffmann

Wprowadzono dla Polaków godzinę policyjną. Nie wolno też było wyjechać do innego miasta bez przepustki. Ciągłe szykany, rewizje w poszukiwaniu broni, niepewność jutra, wywózki na roboty przymusowe do Niemiec, do więzień i obozów były na porządku dziennym. Dzieci i dorosłych zmuszano do kłaniania się Niemcom. Mężczyźni w wieku od 17 do 70 roku życia musieli codziennie o godzinie 9:00 ustawiać się w dwuszeregu przez restauracją Ernsta Hűbnera na Rynku pod numerem 7. Najpierw sprawdzano listę obecności. Przed szeregiem przechodzili też oprawcy z nahajami – następowała selekcja: do pracy w Rakoniewicach i do Niemiec, do więzienia i obozu. Niektórych wywołanych bito w korytarzu restauracji (mego ojca też tam skatowano) lub na podwórzu. Najgorszym „oprawcą” była żona E. Hűbnera, która ma na sumieniu wielu Polaków, między innymi i mego ojca, który zginął w obozie koncentracyjnym Gusen – Mautehausen. Miałam wtedy 7, a brat 5 lat. Mieszkaliśmy obok restauracji. Jako dziecko z okien naszego domu widziałam jak bito i katowano Polaków. Pamiętam też jak zanosiłam jedzenie swej matce, która wraz z innymi kobietami musiała pracować w polu. Była tam też i siostra Piątkówna. W polu pracowali też jeńcy francuscy, którym nie wolno było niczego podawać np. jedzenia i papierosów. Ludzie żyli biednie, żywność była na kartki. Przydział żywności dla Polaków i Niemców był zróżnicowany. Były to niewielkie ilości chleba, mąki, cukru, mięsa, papierosów i słynny „Brotauschtriech” (marmolada z buraków, marchwi, dyni), podczas gdy Niemcy jedli wspaniałe dżemy z całymi owocami. Dzieci polskie były więc dyskryminowane. Cukierki były tylko dla dzieci niemieckich. Przydzielona żywność pozwalała na nędzną wegetację. Najczęstszym pożywieniem był ciemny chleb, ziemniaki i polewka. Dzieci chodziły do rzeźnika po „koszczonkę” (była to woda w której gotowano wędliny). Kto miał warunki hodował drób, króliki lub świnie. Świni nie wolno było zabić, bez specjalnego zezwolenia władz. Kwitł więc „czarny” handel. Schwytani na „czarnym” handlu lub zabiciu świni bez zezwolenia trafiali do więzienia lub obozu. Życie było ciężkie, dlatego dzieci pomagały rodzicom. Przynosiły trawę dla królików, zbierały kłosy zboża na ściernisku, chodziły do lasu na jagody i grzyby. Pomagały w pracach domowych, kiedy rodzice pracowali. Razem z dorosłymi zbierały chrust i szyszki na opał.

Raz w roku można było kupić coś z odzieży i parę butów. Krawcowe miały więc pełne ręce pracy, stale pruły i przerabiały używane rzeczy, wyczarowując z nich nowe kreacje dla dorosłych i dzieci. Gorzej było z butami. Jedna para butów najczęściej nie starczała na cały rok, więc nosiły tzw. „okuloki” lub pantofle na drewnianym spodzie.

Nie było też zabawek dla polskich dzieci. Bawiono się zabawkami przedwojennymi lub wytwarzano je w domach. Były to najczęściej zabawki drewniane, które poruszały się na kółkach (motylki, kręcące się postacie itp.). Z dykty wycinano cienkimi piłeczkami mebelki do pokoiku lalek, piękne kasetki i inne przydatne przedmioty. Wykonywano też w domu lalki przytulanki. Pomimo tych braków były to normalne dzieci żyjące w nienormalnych wojennych warunkach. Kiedy ktoś miał piłkę grano w dwa ognie, rysowano grę w klasy, dziewczynki skakały przez skakanki, grano pięcioma kamykami itp. Zabawy.

Czasem zbierały się dzieci w naszym mieszkaniu (ul. Krystyny 17) dokąd zostaliśmy wysiedleni z naszego domu. Kiedy mama pracowała my przebieraliśmy się w suknie i buty mamy i odgrywałyśmy wymyślone przez siebie przedstawienia lub modliłyśmy się przed ołtarzykiem ubranym w polne kwiaty.

W domu tym mieszkało 8 rodzin. Każda rodzina miała pokój i kuchnię. Moimi koleżankami były: Maryla L., Krystyna M., Teresa N., Teresa M., Irena S. i inne dzieci z naszej ulicy, które do dziś mile wspominam, bo były to przeżycia dzieci w czasie okupacji. Chcę jeszcze tu dodać, że długie, szczególnie zimowe wieczory spędzano przy lampach naftowych, karbitowych, oliwnych lub oświetlano lampami gazowymi. Nie wolno było mieć radia, dlatego wieści z frontu przekazywano sobie potajemnie w zaufaniu. Rzadko kto miał gramofon, z którego płynęły dźwięki muzyki. Takie to było życie dzieci i rodziców w czasie wojny. Młodzież i dzieci żyjące w dzisiejszych czasach nie zrozumieją jak można było żyć w takich warunkach.

Pragnę jeszcze zaznaczyć, że dzieci posiadały też dokument tożsamości, który potrzebny był, jeśli dziecko jechało np. do Poznania. Sama często woziłam „wałówkę” do cioci do Poznania. Jako dziecko z małą walizeczką nie wzbudzałam podejrzeń, ale była to bardzo niebezpieczna wyprawa, która mogła się tragicznie zakończyć dla mojej rodziny i dla mnie.

Dokument tożsamości wydany w 1943 roku

Dokument tożsamości wydany w 1943 roku. | fot. zbiory G.Hoffmann

Takie to były przeżycia polskich dzieci w czasie okupacji. Ludzie wzajemnie sobie pomagali, pomagały też i dzieci. Kiedy cierpiał cały naród – dzieci również cierpiały.

Największą jednak radością zaraz po wyzwoleniu było szycie chorągiewek i wstążeczek biało – czerwonych (z łatek znalezionych w domu) i noszenie ich z dumą.

Wspomniałam o losie „dzieci wojny”, aby dzieci żyjące w dzisiejszych czasach potrafiły docenić dobrobyt, w którym żyją. By mogły porównać dzieciństwo ich dziadków, czy pradziadków ze swoim. One nie boją się teraz wysiedleń, obozów koncentracyjnych, bicia w szkole. Na ulicy nikt ich nie przezywa, nie muszą iść na służbę mając 12 lat życia, a cukierków mogą jeść ile zechcą. Mają radia, komputery, telewizory, komórki i najrozmaitsze gry. Mogą uczyć się czego chcą. Ważne tylko, aby dobrze wykorzystały swoją szansę.

Źródło: „Zarys szkolnictwa i środowiska Rakoniewickiego”, Gabriela Hoffmann Rakoniewice 2005 r.


Komentarze

Czytaj nasze portale
×
Wyszukaj w HistoriaRakoniewic.pl
×