Powstanie wielkopolskie – obrona rakoniewickiego dworca kolejowego w powieści Gerarda Górnickiego pt. Mściwój i Anna Maria

| 27 grudnia 2016
Drogi do wolności

… Szedłem w zapachu mrozu, szybko, światła miasta biły jaskrawą czerwienią w niebo, byłem sam na polach, a księżyc był wielki, gwiazdy migotliwe, jasne. Wtedy huknęła pod niebo gwałtowna strzelanina, poczułem jakby mnie ktoś uderzył z całej mocy w ucho, ledwo minęła mi głuchota, krzyknąłem: Rakoniewice! - biegłem przez las – Stąd prosto za Obrę! A Rakoniewice – to było miasteczko ozdobne, miało pałac, park, domy z podcieniami i dwa kościoły...

Dworzec kolejowy w Rakoniewicach w 1908 r.

Dworzec kolejowy w Rakoniewicach w 1908 r. | fot. zbiory D.Wajs

… Śnieg unosił się spod butów, oślepiał mnie, a wędrowałem u boku Antoniego Janusa, patrzyłem jak pił piwo, tańczył, śpiewał. Kazał mi stanąć przy karabinie maszynowym na peronie dworca kolejowego w Rakoniewicach, jak niemieckie byki rzucą się na nas, to trzeba walić ich między rogi, oszczędzając amunicję. Dostrzegłem przed sobą, za zakrętem, na skraju lasu, stojący pociąg. Niemcy wyskoczyli z wagonów i ruszyli tyralierą, półkolem, na polach w śniegu widoczne były czarne punkty, główny ich atak na dworzec kolejowy szedł z dwóch stron, pod osłoną wałów i zarośli. Plutonowy Janus, krępe chłopisko z Kobylnik, marynarz o małych, bystrych ślepkach, umiał brać władzę w swoje ręce; wcisnął się do Rady Robotniczo-Żołnierskiej, przepędził starostę von Klitzingera z grodziskiego ratusza, wszystko w mgnieniu oka, kusił do walki, odnajdywał chłopów dekujących się po chałupach, pokazując na kulomiot:

– Ej, chłopcy z Wielichowa, bierzcie tę maszynkę i wdrapcie się na dach dworca, ale migiem.
Szeregowy Owczarczak rękawem wycierał czerwony nos, biegał i krzyczał: „Nie stać w miejscu zuchy, bo wam nogi wlezą w dupę”. Zgubił czapkę osłaniającą siwe włosy, dopiero za węgłem szopy oparł się o ścianę, ale nie zauważył mnie leżącego za snopkiem zboża.
– Owczarczak, dzieci macie tyle co apostołów, musicie je pilnować, na nocniku posadzić, zasmarkane nosy wytrzeć. Nie biegajcie jak zając od krzaka do między – uśmiechnąłem się do niego.

– Ja jestem szaraczek albo zawalidroga? A stul pysk, bo dam między oczy i padniesz – łzy lały się mu od wysiłku po czerwonych policzkach. Podbiegłem do płotu, ułożyłem karabin między sztachetam i strzeliłem za uciekającym Niemcem, ten ugodzony runął na ziemię twarzą w śnieg. To była pierwsza śmierć z mojej ręki. Z zagajnika przy torze kolejowym zaświszczały kule, przylgnąłem do ziemi, szeptałem, a psy, stąd mnie bierzecie, okrążyć nas, to wam się śni. Strzeliłem do nich dwa, trzy razy, czwarty raz tylko zamek szczęknął, nie miałem ani jednego pocisku. Leżałem pod płotem i nadsłuchiwałem, by nie dać się wziąć żywcem, chwyciłem do lewej ręki bagnet i czekałem zrządzenia losu. Nagle za plecami usłyszałem kaszel, raptownie odwróciłem głowę, zobaczyłem czołgającą się ku mnie dziewczynę, legła na smudze siana wyrzuconego z szopy.

– Masz – szepnęła, twarz jej przylgnęła do kępki siana. Zajrzałem w jej oczy bez słowa, wziąłem w dłoń parę naboi, szybko naładowałem karabin, uśmiechając się, zbawiony od czegoś złego.
– Kto ty jesteś? – zapytałem ciepło i zmarszczyłem brwi.
– Anna Maria – szepnęła i zmrużyła oczy.
– Dziwaczysz, Anna czy Maria? – zapytałem ostro.
– Anna Maria – powtórzyła z powagą.
– Szukasz guza czy rycerza? A wiesz, że nie godzi się niewieście przybierać imienia Marii, protestantki biorą sobie to imię, z braku szacunku do Matki Boskiej, ale to obraza i świętokradztwo – przysunąłem się do dziewczyny, chciałem pogłaskać jej jasne pukle włosów. Odwróciła głowę, po chwili palce zanurzyłem w puszystych jej lokach.
– Bóg zapłać – gładziłem jej włosy.
– Jestem katoliczką – wreszcie się uśmiechnęła.
– Ach, trafiłem kurkę, a ja jestem diabłem, ostrzegam panienkę – rzekłem surowym głosem. Obok nas przebiegł sierżant Kabsch, gorzelany, krzycząc:

– Nie marudzić, kochanie zostawić na zaś potem.

Anna Maria wystraszona zerwała się z ziemi i pobiegła ku stacyjce, tam strzały milkły, cichło niebo. Zjawił się nade mną leżącym bez ruchu – Janus, cały unurzony w błotnistym śniegu. Wracał z plutonem do miasta. Już nikt nie strzelał, pociemniało.

– Widziałeś dziewczynę? – spytałem.
– Dziewczynę? – rozszerzył zdziwione oczy.
– Annę Marię – patrzyłem uparcie w jego twarz.
– Tylko zady wiejących Niemców widziałem, pozbierali rannych i wiali pociągiem. Pomódl się do świętego Antoniego, to znajdziesz pannę – pomacał spuchnięty nos.
– To znaczy, Antoś, do ciebie mam się modlić? – rzekłem głosem zawiedzionego.
– A jak chciałbyś ją znaleźć, polski bracie śpiący? – wziął nogi za pas i pognał do miasteczka. Błądziłem po ulicach i myślałem, że być może w ciemności dostrzegę obcą, ale na tyle znajomą twarz, bo zobaczyłem ją już raz tego dnia. Wszedłem do kościoła, przed ołtarzem świeciła się czerwona lampka, oglądałem barwne obrazy świętych i odczytywałem napisy na sarkofagach, aż nagle zobaczyłem ją, siedzącą w ławie, modlącą się, wargi, policzki i brwi miała jak malowane i patrzyła na mnie bez lęku. Nie zawiodła mnie intuicja, bo dlaczego przyszedł mi do głowy akurat kościół.

– Szepnąłem: – Szukasz miejsca na nocleg. Skąd jesteś?
Spojrzała na mój szary mundur.
– Znad Wisły. Wracam do domu z przymusowych robót.
– Anno Mario – wymieniłem jej imiona, spojrzałem jej w oczy, ona przyglądając mi się bacznie, rzekła z namysłem:
– Przestraszysz się, gdy ci zdradzę moje tajemnice i uciekniesz – uniosła dumnie głowę i milczała, jej spojrzenie było przenikliwe.
– Dlaczego miałbym się bać? Żołnierz nie boi się żadnych tajemnic.
– O! – odezwała się z uśmiechem – Ale moje tajemnice są bajeczne, godne księżnej, a może i królowej – zarechotała.
– To tym bardziej się nie boję.

Ostre światło padające z czerwonej lampki odbijało się z blaskiem w jej oczach, nikt nas nie widział, między kolumnami świątyni było mroczno. Wyszliśmy z kościoła w milczeniu, zaprowadziłem dziewczynę do mojej matki. Niemcy, po klęsce pod Rakoniewicami, jakby zapadli się pod ziemię…

Źródło: Fragment książki pt. „Mściwój i Anna Maria”
autorstwa Gerarda Górnickiego.
Biblioteka Publiczna Miasta i Gminy w Nowym Tomyślu – 1994 r.


Komentarze