Walka o Rakoniewice 3 stycznia 1919 roku – relacja Edmunda Śmierzchalskiego

| 31 grudnia 2014
Drogi do wolności

Wysłana z Grodziska drużyna przybyła już wcześnie rano do Rakoniewic. Powstańcy w Rakoniewicach, a było ich niewielu, bo miasto było na wpół zniemczone, stali na swym posterunku nic nie wiedząc o zamiarach wroga. Słysząc o ataku o godzinie trzeciej zabrali się do przygotowywania obrony. Wezwali na pomoc wszystkie okoliczne drużyny tak że na czas wszystko było gotowe.

Inscenizacja powstania wiekopolskiego w Rakoniewicach

Inscenizacja powstania wiekopolskiego w Rakoniewicach, która odbyła się w grudniu 2012 r. w rakoniewickim parku. | fot. D.Wajs

Ze strony niemieckiej zdrady być nie mogło, bo przybycie Heimatschutzu do Wolsztyna było trzymane w tajemnicy. Niemcy w Rakoniewicach po zajęciu urzędów przez Polaków siedzieli cicho nie pokazując się na ulicy, tym bardziej, że przyszło więcej wojska polskiego. Powstańcy przygotowali się do obrony zajmując miejsca od strony Wolsztyna. Do dyspozycji mieli trzy karabiny maszynowe, kilkanaście karabinów ręcznych i krótką broń. Jeden karabin maszynowy ustawili przy dworcu, drugi przy szosie, a trzeci w parku. Najsilniejszego ataku spodziewali się na dworzec, więc dobrze go obsadzili. Przygotowani, pochowani, żeby od strony Wolsztyna nie było nikogo widać, czekali. Przeszła godzina trzecia, a tu nic nie widać, nic nie słychać. Zaczęli się denerwować i wątpić w to, że Niemcy przyjdą. W tym czasie pociąg z Heimatschutzem bez żadnego hałasu stanął w lesie pomiędzy Rostarzewem a Rakoniewicami. Rozeszli się tyralierą w pół kole, podchodząc w podskokach do miasta, które chcieli niespodziewanie bez walki zdobyć. Powstaniec Stanisław Napieralski z drużyny Gościeszyńskiej, zniechęcony brakiem przeciwnika, tym bardziej, że miał ciasne buty, postanowił pójść do domu. Jeszcze dwóch innych dołączyło do niego, powiedzieli, że z tego nic nie będzie i ruszyli w trójkę szosą w stronę Rostarzewa. Uszli około 200 metrów i zauważyli na polach w śniegu dobrze widoczne czarne punkty. Jeden podniósł rękę, chciał pokazać drugim co to jest. W tym momencie Niemcy dali ognia. Strzały padły przed nimi na szosę. Skoczyli do rowu, który w tym miejscu był dosyć głęboki, i czołgając się, wrócili szczęśliwie do swoich. Powstańcy siedzieli cicho. Mieli rozkaz podpuścić Niemców jak najbliżej i strzelać tylko na dany znak. Chodziło o oszczędzanie amunicji, każdy strzał powinien być skuteczny. Ta cisza ośmieliła Niemców do przyśpieszenia pochodu. Gdy podeszli na odległość pewnego strzału, na dany znak powstańcy rozpoczęli ogień, który okazał się bardzo skuteczny. Słychać było krzyki i jęki rannych. Wywiązała się obustronna strzelanina. Jak wynikało z ich ataku chcieli dostać się do parku i zająć majątek, który był na uboczu miasta. Trudno byłoby ich stamtąd wydostać. Ten plan im się nie udał. Nie spodziewali się takiego przyjęcia, a przede wszystkim ognia karabinów maszynowych. Ponieważ robiło się już ciemno, pozbierali swoich rannych i zabitych, wycofali się do pociągu i pojechali w niewiadomym kierunku.

Powstańcy wystawili wzmocnione posterunki, wysłali patrole do lasu, ale nikogo tam nie zastali. Należałoby podkreślić bohaterstwo młodej służącej z gospodarstwa przy szosie, gdzie stał karabin maszynowy. Z narażeniem własnego życia w najsilniejszym ogniu, pomagała przy obsłudze karabinu i podtrzymywała taśmę. Nazwiska jej nie pamiętam. Została odznaczona razem z powstańcami. Inne młode Polki przygotowywały punkt opatrunkowy, ale nie był potrzebny, bo nie mieliśmy żadnych rannych ani strat. Już w pierwszej bitwie powstańcy pokazali bohaterstwo i odwagę. Udowodnili, że czteroletnia praktyka wojenna nie poszła na marne, pomimo że nie mieliśmy własnych oficerów, a podoficerów było bardzo mało. Wieść o walkach pod Rakoniewicami rozniosła się po całym województwie błyskawicznie. Już rano zgłaszali się z pobliskich wiosek i miasteczek ochotnicy. Wysłano patrole w stronę Rostarzewa, które miały za zadanie zbadać dokładnie sytuację. Na czele jednego z patroli jechał wolno szosą własnym samochodem osobowym powstaniec Marcin Donaj z Kościana.

Przez las przejechał bez żadnych przeszkód, Heimatschutzu nie było. Przed cegielniami las się skończył i jak tylko przód samochodu pokazał się na zakręcie został od strony miasta ostrzelany ogniem z ciężkiego karabinu maszynowego. Wycofał się szczęśliwie i nic im się nie stało. Teraz powstańcy wiedzieli, że Niemcy usadowili się w Rostarzewie. Widocznie chcieli się tam bronić i utrzymać, bo było to gniazdo os, składające się w 95% z Niemców, którzy żyli z pracy okolicznych Polaków. Na około 1000 mieszkańców było tam 10 różnych sklepów, 6 restauracji, 3 cegielnie, 8 piekarzy, 5 rzeźników i w każdym domu jakiś rzemieślnik lub handlarz.

W nocy przygotowali się do obrony od strony Rakoniewic, ciężki karabin maszynowy ustawili na kościele ewangelickim, który miał bronić szosy. Powstańcy odebrali z Poznania telefoniczną wiadomość, że broń został wysłana, samochód jest w drodze. Po sprawdzeniu zapasów amunicji okazało się, że jest jej za mało, żeby podjąć walkę. Postanowili czekać na samochód. W tym czasie Niemcy musieli się dowiedzieć, że do Rakoniewic przybyło dużo Polaków, czekają na broń i przygotowują się do walki. Dowiedzieć się mogli od Niemek telefonistek z poczty, które jeszcze normalnie urzędowały. Podobno na poczcie był powstaniec, ale mógł się nie znać na obsłudze centrali telefonicznej, a telefonistka znalazła zawsze sposobność połączenia z Rostarzewem. Prawdopodobnie to zadecydowało, że Niemcy wycofali się bez walki do Wolsztyna. Powstańcy po odebraniu broni i amunicji przygotowali się do ataku w lesie pod Rostarzewem. Wolno i ostrożnie doszli do miasta nie napotykając na żaden opór. Dziwili się że nie padł żaden strzał, byli pewni, że Niemcy chcą ich wciągnąć w zastawioną pułapkę, więc postępowali jeszcze ostrożniej. Okazało się jednak, że w mieście nie ma Heimatschutzu. W strachu i popłochu uciekli przed powstańcami. Ucieczka Niemców dała powstańcom jeszcze więcej otuchy do walki, tym bardziej, że mieli dostateczną ilość broni i amunicji. Powstańcy postanowili więc pójść za nimi i zaatakować ich rano o godzinie czwartej, żeby nie mogli się przygotować i umocnić do obrony.

Część powstańców poszła szosą do Karpicka i o czwartej godzinie mieli atakować miasto przez park i ogrody przy Jeziorze Wolsztyńskim. Reszta miała zebrać się w Adamowie.

Źródło: „Powstanie Wielkopolskie 1918/1919: wspomnienia od czasu zdemobilizowania z fabryki w Nadrenii do udziału w potyczkach w pow. wolsztyńskim”, Edmund Śmierzchalski, Gdańsk-Wrzeszcz 1968 r.
Praca została napisana na „Konkurs Głosu Wielkopolskiego i ZBOWiD w 50 rocznicę Powstania Wielkopolskiego”.


Komentarze