Wspomnienia Jana Podhorskiego o Rakoniewicach

| 11 grudnia 2014
XX-lecie międzywojenne

Na przełomie 1926 i 1927 roku, po przejściu ojca na „wcześniejszą" emeryturę, rodzice sprzedali dom i przeprowadziliśmy się do Rakoniewic w powiecie wolsztyńskim.

Jan Podhorski podpisuje swoją książkę

Jan Podhorski podpisuje książkę własnego autorstwa pt. "Wspomnienia Żołnierza Wyklętego" podczas spotkania, które odbyło się w listopadzie 2013 roku w domu Gabrieli Hoffmann. | fot. D.Wajs

Dobrze zapamiętałem wielogodzinną jazdę, w mrozie, wozem drabiniastym, na stercie ułożonych i powiązanych mebli i gratów, w snopkach słomy, otulony futrami (ja w dużym, długim, wojskowym płaszczu, pobitym podobno niedźwiedziem, a brat w nieco krótszym). Trząsłem się nie z zimna, a z wybojów ówczesnych dróg.

Ojciec zakupił dom w Rynku o numerze 31 (narożnikowy z przyległościami wzdłuż ulicy Jana Kazimierza do ul. Garbary, przy czym część narożnika od ul. Garbary stanowiły zabudowania byłego młyna). Rodzice założyli i prowadzili hurtownię artykułów spożywczych, papierniczych i skórzanych. Pożar z 1927 roku, wynikły z wadliwej budowy komina, spowodował zniszczenie domu rodzinnego od strony rynku oraz siedmiu zabytkowych domów z podcieniami. Ocalał tylko budynek byłego młyna z końca posesji.

Trzy miesiące po rozpoczęciu przeze mnie nauki w szkole podstawowej, 4 XII 1928 roku, zmarł mój 37-letni ojciec. Do śmierci ojca przyczyniła się rana wojenna, wskutek której jedno płuco częściowo nie pracowało oraz astma i przeżycia związane z pożarem. Śmierć ojca bardzo zmieniła nasze życie, ale matka ponownie otworzyła, choć w małym wymiarze, sklep oraz odbudowała i powiększyła dom. W tej sytuacji musiałem jej więcej pomagać, szczególnie, że był jeszcze młodszy ode mnie o 2 lata brat Władysław.

W domu, a od IV klasy wielokrotnie, wyręczałem matkę prowadzącą sklep w wyjazdach do Poznania. Poważne traktowanie półsieroty przez kupców – hurtowników oraz ekspedientów było dla mnie pierwszą szkołą życia, solidności i traktowania człowieka.

W szkole podstawowej kaligrafii uczył i nauczył mnie były kowal, stosujący dla zdyscyplinowania uczniów trzcinkę i linijkę. Dzięki niemu nauczyłem się dokładności w wykonywaniu zadań i mogłem, trzydzieści lat później, wykładać rysunek techniczny w Technikum.

W trakcie polekcyjnych zabaw nabawiłem się klaustrofobii, gdy utknąłem w rurze przepustu drogowego. Koledzy jakoś pomogli mi się z niego wydostać, ale lęk przed ciasnotą pozostał, stąd bałem się później „karcerów”. W ramach zabaw, zdarzyło się mi i kolegom, rzucić w zbór ewangelicki kamieniami – co skończyło się interwencją szkoły i rodziców (solidnie oberwaliśmy – ja szczególnie). Przejawiałem już wówczas początki „zdolności przywódczych” zwłaszcza w częstych starciach chłopaków na łąkach (najczęściej między klasami). „Niezależność” widoczna jest na klasowej fotografii – w swobodnej postawie czołowej trójki.

Zdjęcie zbiorowe przed budynkiem szkoły podstawowej w Rakoniewicach

Zdjęcie ze Szkoły Podstawowej w Rakoniewicach – koniec IV roku. Trzech chłopców na pierwszym planie to Lange, Zygmunt Kostrzewski i Jan Diering (Podhorski). | fot. zbiory Jan Podhorski.

Po pożarze domu, przed śmiercią, mój ojciec projektował budowę budynku za 32000 zł. Matka zmieniła kosztorys i ograniczyła zakres budowy i do 1930 roku powstał dom dwupiętrowy z niskim zapleczem za 24000 zł. Mimo zadeklarowanej i zrealizowanej pomocy hrabiego Marcelego Kazimierza Czarneckiego w transporcie materiałów dla pogorzelców – do 1939 r. odbudowano tylko trzy spośród ośmiu spalonych budynków. Nasza zabudowa potwierdza więc determinację i zapobiegliwość matki.

Dom Dieringów przy Placu Powstańców Wielkopolskich

Dom Dieringów przy Placu Powstańców Wielkopolskich. | fot. zbiory Jan Podhorski

Na okres budowy młyn zaadaptowano doraźnie na mieszkanie i sklep. Tam przeżyliśmy napad a matka popisała się strzałem z Colta 45. Nawet jej nie ukarano za nielegalne posiadanie broni; broń musiała zdać, doradzono natomiast zdanie innej, uszkodzonej.

Sprzedaż w sklepie tak w byłym młynie jak i w nowym budynku – ograniczono do przyborów skórzano – kaletniczych (skóry i przybory dla szewców) oraz artykułów papierniczych. Z czasem doszły usługi cholewkarskie.

Mama utrzymywała – od zawsze – bliskie stosunki z resztą swojej rodziny Marciniaków, dlatego w ramach pomocy rodzinnej ściągnęła do Budzynia swego brata Antoniego. Po przeprowadzce do Rakoniewic i śmierci bratowej, zaopiekowała się swoją bratanicą Kazimierą, która zamieszkała w Rakoniewicach, z przerwą w czasie okupacji, gdy została zabrana na pracę przymusową do Niemiec.

Zdjęcie zbiorowe rodziny Dieringów

Zdjęcie wykonane w 1934 roku na podwórku posesji Rynek 31. Od lewej Gertruda Świergul, Władysław Diering, Janka Świergul (w stroju pirata) , przed nią siedzi Magdalena Diering, dalej narzeczona stojącego obok Tadeusza Świergula, przed nimi Kazimiera Marciniak i chłopiec Albin Diering/Trawiński, Franciszek Trawiński, Jan Diering w mundurze harcerskim, na skraju po prawej Zygmunt Kostrzewski. | fot. zbiory Jan Podhorski

W szkole nawiązałem pierwsze kontakty z organizacjami młodzieżowymi. W 1933 wstąpiłem do ZHP do Drużyny Harcerskiej im. T. Kościuszki organizowanej w tym okresie w Rakoniewicach. Miałem dobrego opiekuna – drużynowego, nauczyłem się kochać harcerstwo i jego zasady.

Niezapomnianym przeżyciem było dla mnie zdobycie pierwszej sprawności – kucharza. Popisowym daniem miał być – i został – gotowany w kotle rosół. Niosąc obrane warzywa przewróciłem się trzykrotnie: pierwszy raz – o korzeń – wypłukałem warzywa, drugi raz też o korzeń – więc znowu je wypłukałem, ale gdy stało się to trzeci raz – to po tym upadku wrzuciłem do kotła warzywa bez płukania. Drużynie rosół smakował, dostałem brawa i sprawność kucharza. Nie przyznałem się, że na dnie mytego garnka było co nieco piasku. Po roku, z chwilą rozpoczęcia nauki w Wolsztynie, musiałem zmienić przynależność – dołączyłem do drużyny im. R. Traugutta, działającej przy gimnazjum i liceum.

Do roku 1939 miałem 33 sprawności i funkcję przybocznego w przeszło 30 osobowej drużynie oraz terminowo i pragmatycznie osiągnięty stopień harcerza orlego (w roku 1939 byłem przygotowany do stopnia HR i phm, co miało mieć miejsce w IV kw. 1939 r., ale wybuchła wojna).

Legitymacja harcerska Jana Dieringa

Legitymacja harcerska Jana Dieringa (Podhorskiego). | fot. zbiory Jan Podhorski

W normalnym czasie, tj. w 1934r. zdałem egzamin do Gimnazjum w Wolsztynie. Za pierwsze półrocze płaciłem pełną kwotę czesnego, ale po pierwszym półroczu pierwszej klasy miałem czesne na stałe obniżone o 50%, z tytułu dobrych wyników w nauce (pierwsza piątka uczniów).

Po ukończeniu gimnazjum, po tzw. małej maturze, zdałem egzamin wstępny do Wyższej Szkoły Budowy Maszyn w Poznaniu (szkoła dająca tytuł technologa). Względy finansowe zadecydowały jednak o pozostaniu w Rakoniewicach i kontynuacji nauki w Liceum Humanistycznym w Wolsztynie (Państwowe Liceum i Gimnazjum), dokąd dojeżdżałem pociągiem w ciągu 15 minut, za tylko kilka złotych, gdy koszt utrzymania w Poznaniu przekraczałby pięćdziesiąt złotych.

W gimnazjum i liceum należałem do sześciu z ośmiu organizacji szkolnych. Były to: Liga Morska i Kolonialna, Liga Obrony Powietrznej, Szkolna Kasa Oszczędności, Towarzystwo Tomasza Zana (ta organizacja zbierała informacje – m.in. o Niemcach – potrzebne dla obronności kraju, opiekunem szkolnym organizacji był nauczyciel – historyk mający za sobą przeszkolenie wojskowe jako oficer rezerwy powiązany prawdopodobnie z kontrwywiadem), Związek Harcerstwa Polskiego (gdzie byłem przybocznym w drużynie) oraz Sejmik szkolny (byłem jednym z dwóch przewodniczących sejmiku szkolnego działającego na zasadzie rzymskiego „duumwiratu”). Nie należałem tylko do chóru szkolnego i Sodalicji Mariańskiej. We wszystkich tych organizacjach, do których należałem byłem prezesem (przewodniczżcym) lub wiceprezesem (zastępcą).

Od pierwszej klasy Liceum mieliśmy, w nowym systemie szkolnym, pełne przeszkolenie wojskowe w ramach Przysposobienia Wojskowego. Stanowiło ono dalszy ciąg zajęć obronnych z klasy IV. Kończyło się w czerwcu obozem szkoleniowym. W 1939 r. takie obowiązkowe przeszkolenie z egzaminem przeszedłem na obozie Przysposobienia Wojskowego na przylądku Rozewie. Był to złożony z wielu baraków typowy obóz wojskowy. Będąc szkolonym w zakresie łączności radiowej nie wiedziałem, że nasz obóz, w momencie, gdy obsługiwałem stanowisko odbioru, był wizytowany przez gen. Franciszka Włada, dowódcę 14 Dywizji Piechoty, z której żołnierzami walczyliśmy wspólnie trzy miesiące później, a który poległ w walkach nad Bzurą. Stał nade mną, obserwował, ale nie zwrócił mi żadnej uwagi. Zakończenie zgrupowania miało miejsce w dniu 29 czerwca w Gdyni, w tzw. Święto Morza. W uroczystościach tego dnia, nasza IV kompania została, jako reprezentant obozu, wydelegowana do wzięcia udziału w defiladzie. Przygotowując się do niej tak ćwiczyliśmy, że zgubiłem podeszwę i musiałem zgłosić się po nowe buty. W defiladzie brał udział także „batalion kolonialny”, z wielbłądami, żołnierzami w białych mundurach i kaskach tropikalnych. Mocno był oklaskiwany przez publiczność. Było to świadectwo naszych „ambicji” kolonialnych. Po zakończeniu szkolenia wracaliśmy pociągiem przez Gdańsk. Mieliśmy zamknięte drzwi, aby nie dopuścić do prowokacji przez gdańskich SA- manów, w żółtych bluzach, którzy na dworcu nam wygrażali – my zresztą podobnie.

f007-wspomnienia-jana-podhorskiego-o-rakoniewicach-hr

Jan Diering (Podhorski) w lipcu 1939 roku w mundurze PW. Zdjęcie wykonano w Rakoniewicach. | fot. zbiory Jan Podhorski

Wakacje miałem spędzić na trasie Poznań – Suwałki – Troki – Wilno, jadąc z zastępem rowerowym. Wskutek zamknięcia granicy ograniczyliśmy się (jechałem już tylko z Henrykiem i Janem Dutkowskimi) do objazdu rowerami Wielkopolski i Kujaw. Zwiedziliśmy m.in. odkrytą osadę w Biskupinie, gdzie z prof. Kostrzewskim współpracował mój kuzyn Leon Łuka, późniejszy kustosz Muzeum Archeologicznego w Gdańsku. Napięta sytuacja polityczna i groźba agresji spowodowały, że w połowie sierpnia zgłosiłem się jako ochotnik (obowiązek służby wojskowej dotyczył mężczyzn dopiero po 21 roku życia) do placówki Obrony Narodowej, jako harcerz po przeszkoleniu PW, do pomocy w charakterze łącznika.

Dowodzącemu placówką przekazałem też wszystkie materiały uzbierane wcześniej a dotyczące mniejszości niemieckiej, wśród której działała tzw. V kolumna. Moje informacje umożliwiły nalot na miejsce spotkań młodzieżówki V kolumny m.in. we wsi Tarnowa, gdzie dywersanci uciekli na widok patrolu przez słomiany dach, a później – rewizję w magazynie niemieckiej spółdzielni rolniczej (Genossenschaft) w Rakoniewicach, gdzie pod stertą zboża znaleziono karabin maszynowy. Stałem w czasie takich akcji w obstawie za drzwiami wejściowymi – niezidentyfikowany. Później uratowało mi to życie.

Dodać mogę, że pod koniec sierpnia jeździłem jako łącznik motocyklem marki belgijskiej Sarolea (prawo jazdy miałem od czerwca 1939r.) zarekwirowanym kierownikowi szkoły niemieckiej Asmanowi, a cały czas byłem ubrany w mundur P.W.

Z uwagi na okres wakacyjny i stosunkowo napiętą sytuację, zwłaszcza wobec bliskiej granicy i pojawiania się nieznanych nam osób, które – jak się okazało później – były albo dywersantami albo miejscowymi uciekinierami przed służbą w wojsku polskim, miałem sporo wyjazdów. Dodatkowe zamieszanie wprowadziła ogłoszona i wkrótce obwołana pierwsza mobilizacja.

Podsumowując okres do wojny polsko-niemieckiej nie można ominąć zajęć pozaszkolnych tak w Wolsztynie jak i w Rakoniewicach.

W domu pomagałem nie tylko w sprawach zakupów, ale także prowadziłem rozliczenie wydatków domowych. Z rozliczeń dobrze pamiętam ceny produktów żywnościowych, a nawet różnice w cenach np. masła osełkowego z zakupu targowego i droższego – mleczarskiego. Podobnie pamiętam ceny wyrobów masarskich i np. zakup głów świńskich w cenie 5 zł za sztukę – dla wykonania potraw na zimno. Matka w okresie czterdziestodniowego postu prowadziła kuchnię jarską – i pamiętam, że koszt wyżywienia w tym okresie był według moich zapisów 15-20% wyższy niż w normalnym czasie.

Dom Dieringów - widok z ulicy Garbary

Dom Dieringów – widok z ulicy Garbary. | fot. zbiory Jan Podhorski

Do pozaobowiązkowych zajęć należały także – jako hobby – filatelistyka i fotografia. Filatelistyka jako hobby towarzyszyła mi przez co najmniej 50 lat i to mimo trzykrotnej utraty zbiorów. Ostatnia ich utrata będąca wynikiem pobytu od sierpnia 1944 r. W Warszawie i pozostawieniem całego „dobytku” pod Grójcem – dokąd już nigdy nie wróciłem – spowodowała, że od 1950 roku ograniczyłem się do zbierania tylko znaczków polskich, w których znalazły się za to najciekawsze walory, jak pierwsze znaczki sprzed 150 lat, okupacyjne z podobizną Franka wysyłane m.in. dygnitarzom z Generalnej Guberni – w listach ostrzegawczych lub z zawiadomieniem o wydaniu na adresata wyroku śmierci. Frank na znaczku zastępował Führera. To hobby zaowocowało wcześniej, w szkole średniej, bardzo dobrą znajomością geografii i zgłaszaniem się na ochotnika do wygłaszania referatów o różnych krajach. Stąd pamiętam, że Nippon (Japonia) to w dosłownym tłumaczeniu, niefonetycznym „kraj kwitnącej wiśni”, a nazwa Brazylii pochodzi od drzewa „pancho de brasil”.

Drugie hobby – fotografia – pojawiło się w 1931 roku, kiedy w czasie odwiedzin jednej z ciotek (działaczki „Rodła„ w Bochum) z niemieckiej emigracji, otrzymałem kastowy – taki jak pierwsze polskie- aparat fotograficzny z migawką 1/25 i 1/50. Nabrałem takiej wprawy, że stałem się później dokumentalistą klasowym, a w dodatku dorabiałem sobie do kieszonkowego. W trakcie nauki w gimnazjum tak często kupowałem u tego samego drogisty filmy i wywoływałem zdjęcia, że zaproponował mi sprzedaż na raty nowego aparatu, stąd przed wojną miałem w liceum bardzo dobry aparat Voigtlandera. Obsługiwałem i upamiętniałem wycieczki i obozy klasowe, obozy harcerskie i koleżeńskie. To samo miało miejsce w Rakoniewicach, gdzie należałem do Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży, współdziałałem z „Sokołem” a jako pamiątka pozostała mi legitymacja „Rycerza Niepokalanej”. Przynależność nie zawsze mogła być formalnie zarejestrowana lub ujawniona. Przykładem jest Narodowa Organizacja Gimnazjalna (nazywana NOG-Ą) działająca pod auspicjami Stronnictwa Narodowego. Formalnie uczeń mógł należeć tylko do organizacji szkolnych, stąd nawet KSM było poza zasięgiem. Nienależenie do tych „zakazanych” miejscowych organizacji wykluczyłoby mnie jednak z udziału w życiu mego miasteczka, a zwłaszcza w jego imprezach, którymi miasto na co dzień żyło.

Po ukończeniu 18 lat miałem pierwszą „przygodę” z wojskiem, które wzywało i poszukiwało brata bliźniaka -widać nie wykreślonego z rejestru. Z komendy Policji Państwowej, gdzie stawałem jako świadek, musiałem wrócić do matki po szczegóły z urodzin, bo miałem osobiście złożyć zeznanie i wyjaśnienie, a do tego czasu mało się tym interesowałem.

Przeszło dziesięcioletni okres mojego życia spędzony w Rakoniewicach po śmierci ojca i warunki w jakich przyszło „małolatowi” wzrastać, pozwoliły mi wejść bez większych trudności, a na pewno bez załamań, w następne okresy i etapy już samodzielnego życia.

Źródło: „Wspomnienia Żołnierza Wyklętego”
– Jan Podhorski, Poznań 2012 r.

Płk Jan Podhorski pseudonim „Zygzak”, żołnierz Związku Jaszczurczego, AK „Głuszec” Grójec i powstaniec warszawski walczący w pułku NSZ „Sikora”.

Urodził się 21 czerwca 1921 r. w Budzyniu (pow. Chodzież) jako Jan Diering, syn Maksymiliana i Magdaleny Diering. Na przełomie 1926 i 1927 roku wraz z rodzicami zamieszkał w Rakoniewicach na Rynku w domu nr 31 (dom narożnikowy przyległy do ulicy Jana Kazimierza). Jak sam podkreśla w Rakoniewicach spędził 14 procent swego życia.


Komentarze

Czytaj nasze portale
×
Wyszukaj w HistoriaRakoniewic.pl
×